Jecek Malinowski, Erwin Koloczek i celebrities?

Celebracja Erwina Koloczka to kolejny film "paradokumentalny" Jacka Malinowskiego. Film, w którym tzw. zwykli ludzie opowiadają nam o swoim zwykłym lub niezwykłym życiu, a widz właściwie do końca zastanawia się, gdzie tu przebiega granica pomiędzy fikcją a prawdą, pomiędzy kreacją artystyczną a niemal fotograficznym odwzorowaniem rzeczywistości. Czasem daje się złapać w najbardziej nieprawdopodobną pułapkę i wierzy, że kobieta z chorobą PDS (Pelvic Degeneration Syndrome - Zespół Degeneracji Miednicy) powodującą kompletny zanik dolnej części ciała istnieje naprawdę. Tak przekonywująco zwykła jest tytułowa HalfAWoman (Półkobieta) w opowieści o swoim codziennym życiu. Wątpliwości co do neurotycznego bohatera SSS rozwiewa chyba dopiero jego końcowe samobójstwo przed kamerą, które ostatecznie przesuwa granice z dokumentu w fikcję. Niezwykła para: chorej i opiekuna z Symulacji do samego końca tj. do wyproszenia ciekawskiego artysty z kamerą z mieszkania (a właściwie do jego wyrzucenia) nie daje nam argumentów pozwalających ostatecznie przesądzić sprawę. Zwłaszcza, że - jak okazuje się w trakcie filmu - gra, udawanie, fikcja wpisana jest w codzienność tej pary. Kamera ustawiona w mieszkaniu odkrywa, że dziewczyna tylko udaje chorą, zapadłą w jakąś swoistą katatonię. Chłopak posesywnie się nią opiekuje, nie dając szansy na zmianę sytuacji, nie chcąc tej zmiany. Widzowi towarzyszy więc poczucie rozwiązywania zagadki - czy dziewczyna udaje, że jest chora i to jest życie (ileż takich filmów artystycznych przedstawiających ludzi obcych, innych lub chorych powstało w ciągu ostatnich kilkunastu lat!), czy też dziewczyna - aktorka - gra chorą, która swoją chorobę udaje? itp.

Niejasność fikcji i życia potęgowana jest przez doskonale dobranych i przekonywujących ludzi grających, a właściwie "występujących" w filmach. Czasem to "naturszczycy", czasem młodzi, jeszcze "nieograni" aktorzy. I jedni i drudzy mówią do kamery z niezwykłą naturalnością pomieszaną z pewnym, też naturalnym, jej brakiem, brakiem obycia przed kamerą. Czyli dokładnie tak jak powinien zachowywać się everyman - "zwykły człowiek". Stałe też - niemal zawsze - jest miejsce artysty i kamery. Artysta jest właściwie niewidoczny, czasem jest tylko głosem zadającym pytania, ręką migającą w kadrze i przesuwającą przedmioty. Jest tym kimś, kto trzyma kamerę, która - jak się zdaje beznamiętnie - nagrywa zwierzających się przed nią ludzi. Jest dla nich rodzajem lustra, w którym się przeglądają.

W najnowszym filmie - Celebracja Erwina Koloczka - coś jednak wydaje się być nie tak już od pierwszych minut. Ludzie wypowiadający się do kamery - górnicy z kopalni - sprawiają wrażenie tak samo świetnie wybranych jak bohaterowie poprzednich filmów. Oryginalne twarze, ubrani w robocze stroje, filmowani również razem przy wspólnej pracy. Wypowiadają teksty, które pasują do tego co robią. Zdania, które mają opisywać ich pracę, życie, marzenia. Dlaczego więc te zdania nie brzmią tak naturalnie jak kwestie "półkobiety" czy chłopaka z SSS? Czy dlatego, że i Erwin Koloczek i jego koledzy podają je do kamery ze zbyt wielką brawurą, w nieco sztuczny sposób? Czyżby zawiodło tu wyczucie artysty? A może to kwestia samego tekstu pasującego i jednocześnie nie pasującego do wypowiadających go osób? Czyżby artysta - demiurg, jak zwykle stojący za kamerą, postanowił też jednak uwidocznić się jako twórca dialogów i stąd ich sztuczność??? Minuty mijają i rośnie pewność, że uczestniczymy w jakiejś grze, w której musimy rozpoznać swoje miejsce i rozpoznać "przeciwnika". I dopiero ostanie minuty dają nam - nieraz przeczute już wcześniej - rozwiązanie tej zagadki. Celebracja Erwina Koloczka to również swoisty dokument o celebrities! Kimkolwiek oni by nie byli?

Hanna Wróblewska


Przy okazji wystawy Celebracja Erwina Koloczka w Galerii NOVA w Krakowie i pokazu Wideo Now w Censtrum Sztuki Filmowej w Katowicach, Małgorzata Gołębiewska zadaje pytania Jackowi Malinowskiemu.

Małgorzata Gołębiewska (Galeria NOVA): Jak postrzegasz swoją działalność artystyczną w kontekście pracowni Grzegorza Kowalskiego, w której się kształciłeś, w odniesieniu do artystów reprezentujących nurt tzw. sztuki krytycznej? Żmijewski, Kozyra etc, artyści z którymi wystawiasz do których bywasz porównywany ze względu na zainteresowanie ciałem ludzkim, ludźmi kalekimi, ułomnymi?

Jacek Malinowski: Na pewno okres, który spędziłem w "Kowalni" czyli ostatnie półtora roku studiów, był dla mnie bardzo ważny. Z tym, że muszę od razu powiedzieć, że nie wiem czy mój związek z Kowalnią jest tak decydujący, jak w przypadku Kozyry czy Żmijewskiego. Kowalnia to nie był początek mnie - na to musiałem jeszcze poczekać i uświadomić sobie wiele innych rzeczy. Myślę, że Kozyra, Althamer i inni od razu pokazali siebie i poniekąd narzucili profesorowi swoje reguły. Dla mnie najważniejszym bodźcem był wyjazd do USA i studia na Universytecie Rutgers. Mogę powiedzieć, że to właśnie tam doszedłem do tego, co i jak chcę dziś robić w sztuce. Moja sześcioletnia banicja za wielką wodą to był czas kompletnej izolacji i bardzo intensywnych nie tylko pracy ale życiowych doświadczeń. W ostatnim momencie przed moim powrotem w roku 2000 powstała HalfAWoman - dla mnie największy jak do tej pory przełom. To ten film dał mi wszystkie narzędzia, które w kolejnych filmach staram się rozwijać. A to, że teraz ktoś kojarzy mnie z Kowalnią wynika z niezrozumienia moich prac, ale też z ich pozornego podobieństwa. O najważniejszych pracach z kręgu Kowalni mogę powiedzieć - nie wiem czy tak one są powszechnie odbierane - że w sposób bardzo serio odnoszą się nie tyle do współczesności, co do wartości uniwersalnych. Mówią o cierpieniu, chorobie, upośledzeniu, ciele itp. w sposób powiedziałbym klasyczny, bardzo silnie osadzony w tradycji - z powagą i szczerością, ale i pewną wyższością kierując widza na bardzo ograniczone pole interpretacji. Jeśli chodzi o moje podejście, to każda z prac jest otwartą łamigłówką, zbudowaną z mylących kontekstów, które wzajemnie się znoszą albo uzupełniają. Wymienieni artyści przejmują się problemami tego świata w sposób uczciwy, wręcz biblijny. Ja od pierwszego filmu podjąłem moim zdaniem karkołomne ryzyko bo za środek wyrazu obrałem fikcję i posuwam się w tym coraz dalej. To moja rękawica rzucona Kowalni, niestety nikt do tej pory jej nie podjął. Kiedyś Artur Żmijewski określił mój film "kłamstwem doskonałym", ale na tym się skończyło.

Nie mówię wprost o czym są moje prace. Chcę, żeby widz doszedł do tego sam. Ważne jest dla mnie żeby każda kolejna realizacja była inna, jednak przy zachowaniu jakiejś ciągłości i konsekwencji. Z filmu na film staram się określać ich wspólne cechy: złożoność, niejednoznaczność, możliwość mylnej interpretacji. A czy jest to sztuka krytyczna? Nie wiem. Nie jestem pewien czy rzeczywistość w ogóle można krytykować - czy ona w ogóle poddaje się krytyce. Rzeczywistość jest zbiorem konkretnych faktów - które są albo ich nie ma. To jest dla mnie fundamentalna zasada. Od tego wszystko się zaczyna, ale też dokładnie w tym samym punkcie kończy. W każdej sekundzie mojego filmu widz może zapytać czy to co widzi jest prawdą - czy w ogóle jest? - czy tylko sprawia wrażenie bycia? A medium filmowe tylko wzmaga tę niepewność.

Poza tym ja nie fascynuję się fikcją i sztucznością, ale znacznie szerszym spektrum: rzeczywistością i jej odbiorem. Produkcja każdego mojego filmu to żonglowanie między prawdą i pozorem, po to by stworzyć prawdopodobieństwo z fikcyjnych elementów lub fikcję z elementów prawdziwych. Jest to moje prywatne poszukiwanie rzeczywistości.

Skąd czerpiesz wzorce o charakterze dokumentacyjno - reportażowym, które niewątpliwie stanowią w twoich produkcjach kluczową część gry z widzem, paradokumentalnej manipulacji?

Obserwuję i analizuję. Mogę podzielić moje inspiracje na dwie kategorie: 1. rzeczywistość - i tutaj obserwacja jest najważniejszym elementem. 2. film i jego różne gatunki i rozwiązania formalne. Dokument jest dla mnie pewnym punktem startowym. Jest wiele teorii dotyczących dokumentu, ale to że dokument odzwierciedla stan faktyczny, że jest reporterskim zapisem rzeczywistości, że powinien być obiektywnym i uczciwym sprawozdaniem z prawdy - to postulaty moim zdaniem coraz trudniejsze do zrealizowania, bo sama rzeczywistość jest niejednoznaczna. Dokument przestaje spełniać swoje klasyczne wymagania bo nastąpiła pewna ugoda społeczna, według której godzimy się na wielopoziomową manipulację. Zastanawiam się czy dokument jest sztuką czy raczej publicystyką. Jeżeli jest publicystyką, to chciałbym zrobić coś takiego, żeby wykorzystując cechy dokumentu dać mu inny, artystyczny wymiar. Dla mnie tym wymiarem jest właśnie sztuczność, bo ona w zetknięciu z pozorem prawdziwości powoduje jakieś zamieszanie: konteksty wzajemnie się negują, postaci są kimś innym niż na to wyglądają. Rzeczywistość staje się bądź fałszem, bądź fantazją, a niekiedy krytycyzmem. Z tej perspektywy HalfAWoman nie jest już filmem o niepełnosprawności, a Celebracja Erwina Koloczka o pracy górników na Śląsku, a stają się osobnymi bytami na zupełnie inne tematy.

A jeżeli film dokumentalny jednak jest sztuką, to musimy zobaczyć na nowo jego subiektywność, jego specyficzny rodzaj interpretowania rzeczywistości i zastanowić się czy tradycyjna "uczciwa" narracja jest w stanie opisać wszystkie meandry współczesności. Moje filmy pokazują pewien stan faktyczny, który polega na tym, że niezależnie od treści filmu, widz musi zastanowić się dlaczego taki film powstał, jakie są okoliczności jego powstania, jak otaczająca rzeczywistość spowodowała, że autor wpadł właśnie na taki pomysł. A więc kontekst zewnętrzny czasami jest ważniejszy niż to co jest faktycznie w pracy. Ja wiem że wszyscy podlegamy manipulacji, ale zadaję pytanie czy trzeba ją zaakceptować czy odrzucić. Jednocześnie coraz częściej wydaje mi się, że manipulacja jest niczym innym jak tylko pierwotną strategią przetrwania.

Gdzie przebiega granica pomiędzy sztuką aktualną, odwołującą się bezpośrednio do rzeczywistości, a coraz rzadziej dziś spotykanym uniwersalizmem, postulowanym mimo wszystko jako domena sztuki?

Uniwersalizm to w pewnym sensie sytuacja idealna, która zakłada warunki wzorcowe, do testowania wartości. A tymczasem jesteśmy otoczeni drobnymi kłamstewkami, matactwami, kurewstewkami itp. a więc dalecy od przewidywalności, która jest niezbędna do wyciągania wiarygodnych wniosków i do uogólniania. Żeby cokolwiek wyrazić, trzeba szukać specyficznych środków wyrazu, sposobów narracji lub ekwiwalentów wizualnych, i do tego zawsze adekwatnych. Nie wystarczy oglądanie się wstecz w poszukiwaniu cytatów z historii i tradycji. Dzień dzisiejszy jest nieograniczonym źródłem inspiracji. Nie wydaje mi sie że wszystko już było. Po prostu w lawinie informacji dużo trudniej jest dostrzec rzeczy oryginalne.

Jeśli chodzi o mnie, to działam trochę jak maszyna do destylacji: patrzę i staram się wycisnąć jakąś esencję z tego co widzę. Chcę żeby efekt lub przekaz był maksymalnie skondensowanym ekstraktem. Dlatego moim zdaniem najdobitniej rzeczywistość określa dziś właśnie manipulacja - nie samo słowo, ale treść jaka sie za nim kryje. A jeśli już chodzi o samo słowo, to często zastanawiam się czy ma ono jeszcze znaczenie pejoratywne.

Pisałeś w swojej pracy magisterskiej: "mogę stworzyć potwora i oddać go ludziom by się nim zachwycili lub by go odrzucili" - czy rzeczywiście odbiór prac już cię nie interesuje. Jak daleko twoim zdaniem może ingerować artysta w świadomość widza, gdzie jest granica pomiędzy wypowiedzią twórczą i nakreśleniem pewnej koncepcji, a ekstremalnym wstrząsem bazującym na szoku. Co jest dzisiaj bardziej wartościowe?

Odbiór widzów bardzo mnie interesuje, ale nie powoduje diametralnych zmian w moim podejściu. Ja staram się zmieniać ewolucyjnie, a więc na przestrzeni czasu, kiedy mogę zebrać różne wnioski i przewartościować własne poglądy. Chodzi o to, żeby swoją wizję umieć uargumentować, obronić i wywołać dyskusję. Nie trzeba iść na żaden artystyczny kompromis (chyba, że komuś bardzo zależy na sukcesie komercyjnym), bo nie da się usatysfakcjonować wszystkich. Dlatego zawsze podejmuję ryzyko, kiedy pokazuję swój punkt widzenia, ale też zastanawiam się czy jest on chociaż w małym stopniu zbieżny z punktem widzenia widza.

A jeśli chodzi o ingerencję w świadomość widza - to bardzo ważna kwestia. Jeżeli traktuje się widza jako osobę inteligentną i wrażliwą to ingerencja w jego świadomość jest niemożliwa, bo widz ma swoje zdanie, które trzeba uznać. Wtedy sztuka staje się dyskusją, dialogiem. Jeżeli wtajemniczam widzów w swoje sekrety - jeżeli mówię im o tym jak powstały moje prace, zdradzając fikcyjność moich sztucznych dokumentów, to dlatego, że liczę na dyskusję na szersze tematy. Liczę na to, że wspólnie pokonamy barierę powierzchowności i przejdziemy do dalszych kwestii. Często się to nie udaje, bo wielu ludzi jest zafiksowana w pewnych stereotypach. Ale wtedy właśnie naszym zadaniem jest zburzyć te stereotypy.

Kwestia szoku? Niestety nie mogę powiedzieć, że w moich pracach tego szoku, a właściwie szokowania, nie ma. Szokowanie uznaje się za łatwiznę, bo na szok łatwo widza złapać. Jakkolwiek myślę, że HalfAWoman może być uznana za film szokujący. Na swoją obronę powiem, że szok to nie był pomysł na tę pracę. Przecięcie kobiety na pół wyniknęło z zupełnie innych pobudek. Przed tym, jak zająłem się filmem, realizowałem prace w innych mediach. Były to obiekty rzeźbiarskie, fotografie, instalacje. Kiedyś prof. Kowalski zauważył, że większość moich trójwymiarowych prac to obiekty podwójne. I to on powiązał je z faktem, że jestem bliźniakiem. Naturalnym więc stało się, że chciałem zerwać z tym dualizmem. Chciałem pójść w odwrotnym kierunku - w kierunku indywidualizacji, połowiczności, a nie multiplikacji. I to była baza teoretyczna HalfAWoman. Przy okazji otworzyła jakiś niesamowity potencjał do dalszych poszukiwań. Wtedy właśnie pojawiła się fikcja i jej logiczne rozwinięcie - wątek dokumentalny. W ten sposób doszedłem do idei sztucznego dokumentu. I chociaż wiem, że tego typu gatunek w sztuce istnieje, to mam świadomość, że moje prace mają jakąś swoistość i niepowtarzalność.

W wielu pracach poprzez manipulację faktami oraz uczuciami widzów odwołujesz się do powierzchowności naszej współczesnej wrażliwości - problemu skądinąd często poruszanego przez sztukę krytyczną. Co więc wynika z owej sztuczności dzieła?

To, że ma ono podwójne życie: że można je odbierać z jednej strony dosłownie lub metaforycznie - tak jak tradycyjnie podchodzi się do dzieła sztuki, a z drugiej - i to dotyczy w szczegółności prac takich jak moje, podszywających się pod pewną konwencję - w momencie uświadomienia sobie, że praca jest sfabrykowana - może ona wywołać odwrotne emocje. Może być interpretowana z zupełnie innego punktu widzenia. Percepcja obraca się o 180 stopni.

Zanim powstała HalfAWoman, bardzo interesowałem się kontekstem dzieła sztuki. Do tej pory artyści stworzyli prace, które odwołały się już chyba do wszystkich możliwych kontekstów. Potem zaprzątało ich, jak można stworzyć dzieło bez kontekstu itp.

Myślę, że dla mnie ważnych jest kilka kontekstów: cielesny, kulturowy, społeczny, socjalny, polityczny, psychologiczny itp., ale one nigdy nie są rzeczywistością w stosunku 1:1. W sumie zmuszam widza by je wszystkie zakwestionował w momencie ujawnienia fikcyjności - a więc kontekstu, który neguje wszystkie wymienione. A więc fikcyjność, będąc elementem dodanym, gmatwającym i komplikującym, jednocześnie powoduje, że mój ogólny przekaz jest uwiarygodniony, bo wygenerowana przeze mnie sztuczna prawda staje się przez to odzwierciedleniem skomplikowanej, pogmatwanej i niejednoznaczenej rzeczywistości. Uświadamia, że rzeczy nie zawsze są takie jakimi je widzimy.

Mówisz że interesują cię i chcesz pokazać emocje - czy w swoich filmach masz potrzebę ujawnienia jakiś autobiograficznych wątków, stworzenia swoistego autoportretu czy któryś z filmów który dzisiaj obejrzymy oprócz oczywistej kreacji odzwierciedla twoje doświadczenia, emocje, stany, wątpliwości?

Jeśli chodzi o emocje to dlatego są one dla mnie ważne, bo padły ofiarą wykluczenia - a ja lubię stawać po stronie wykluczonych. Emocjonalność jest synonimem słabści. Bardziej liczy się dystans i chłód - tzw. bycie cool. Dlatego w pracach moich kolegów z Kowalni ludzie są pokazywani jako ciała - uszkodzone i upośledzone lub odbiegające od normy w sposób ostentacyjny. Ja lubię dać moim bohaterom głos. Interesuje mnie co mają do powiedzenia, interesują mnie ich emocje, bo jest to przejaw ich człowieczeństwa.

A jeśli chodzi o wątki autobiograficzne: tak, wszystkie filmy odzwierciedlają moje osobiste doświadczenia, stany, wątpliwości, ale właśnie na poziomie emocji. Fakty i szczegóły wymyślam w taki sposób, żeby były dalekie od konkretnych sytuacji i osób, ale ich strona emocionalna pozostaje bazą.

Bez wątpienia HalfAWoman dokument o kobiecie z PDS (zespołem degeneracji miednicy) była dużym wydarzeniem w twojej artystycznej karierze, filmem pokazywanym w Zachęcie, spektakularnym - który już na początku wskazywał na twoją strategie w sztuce (choć wiem że tego określenia unikasz). Jak ten film powstawał?

Film powstał bardzo szybko: spontanicznie i intuicyjnie, chociaż był poprzedzony latami różnych przemyśleń, wpadających pomysłów, inspiracji z zewnątrz ale i z wewnątrz. Kiedy przyszła na niego pora wypadki potoczyły się błyskawicznie. Nagle, jakgdyby z nieba, pojawiła się moja pierwsza kamera, przestrzeń do zbudowania dekoracji, ale przede wszystkim spotkałem odtwórczynię roli HalfAWoman - Joan Fitzsimmons. Wszystko zdarzyło się w Stanach Zjednoczonych, w Nowym Jorku i New Haven. Zdjęcia trwały tylko kilka dni, potem montaż. Przez cały czas miałem poczucie, że to wszystko zdarza się nieprzypadkowo, że tak musiało być.

Pojawiają się zarzuty że po HalfAWoman zniknąłeś, teraz pojawiasz się premierową Celebracją Erwina Koloczka, ale przecież właściwie co rok powstawał nowy film, dziś obejrzymy SSS (samowystarczalny, samorodny, samobójczy) z 2001, Symulację (o grze, udawaniu jako naturalnym elemencie życia w parze) 2002, Wariant 3 zrealizowany z 2002 (będący kontynuacją tematu wystawy "Co widzi trupa wyszklona źrenica), Po staremu (o powtarzającym się rytmie młodości i starości) z 2003 - czy coś możesz powiedzieć o tym czasie 6 lat, o tych pracach.

To był czas bardzo intensywnej pracy. Może zawiodła promocja i tzw. lans. Ale nie siedziałem bezczynnie. Mogę powiedzieć, że był to czas na dopracowanie warsztatu: montażu, pisania scenariuszy, całego procesu realizacji ale też i rozwijanie bardziej ogólnych koncepcji.

Dosłownie w kilka miesięcy po HalfAWoman (2000) gotowy był już drugi film pt. SSS (2001). Uważam go za najbardziej osobisty i intensywny. W tym filmie nie pozwoliłem sobie na spontaniczność, a raczej budowałem go od początku z bezwzględną konsekwencją, aż do tragicznego zakończenia. Efekt był taki, że moi przyjaciele zaczęli się o mnie poważnie obawiać, bo interpretowali ten film zbyt dosłownie. Potem Symulacja (2002) - moje pierwsze doświadczenie z profesjonalnymi aktorami: Marcinem Bosakiem i Anią Sroką. Jest to film o najbardziej filmowej, pieczołowicie skonstruowanej strukturze. Są tu punkty zwrotne akcji, są dwie postacie w jakimś niejasnym konflikcie i jest dramaturgia zwieńczona spektakularnym finałem. Następnie Po staremu (2003) - film, który najbardziej lubię, bo jest w nim kilka rozwiązań formalnych, z których jestem dumny. Uważam go za jeden z najbardziej "moich" filmów, ale też za film, który najbardziej odnosi sie do współczesności. Zaraz potem zabrałem się za drugą część HalfAWoman - HalfAWoman2 (2005). Jest to rozwinięcie historii i znacznie większy stopień komplikacji scenariusza-sytuacji, ale przede wszystkim rozwinięcie postaci głównej bohaterki. Ponieważ praca nad nim trwala 2 lata, a sam film zamknął się w czasie 30 min. i jest jak na razie jajdłuższym z moich filmów - mogłem poeksperymentować i dopracować go w formie dłuższego filmu. Był to bardzo skomplikowany projekt - właściwie produkcja. Nowym doświadczeniem było umieszczenie w nim fragmentów animowanych. Wraz z częścią pierwszą stanowią dopełniającą się całość. Teraz pracuję nad zamknięciem projektu w formę tryptyku. No i wreszcie ostatnia Celebracja Erwina Koloczka (2007) - jak dotąd najbardziej skomplikowany logistycznie i montażowo film. Pracowałem nad nim ponad rok i wiąże się z nim bardzo wiele pozytywnych wspomnień.

Celebracja Erwina Koloczka, nie zdradzając puenty to historia specyficznego rodzaju celebrieties, w naszym kraju nie zwykło się w ten sposób myśleć o górnikach skąd pomysł takiego zestawienia?

Celebracja Erwina Koloczka powstała na zasadzie kontrastowego zestawienia dwu rzeczywistości. Chciałem, żeby ten kontrast był możliwie maksymalny, ale znowu na zasadzie: "co innego widzisz - co innego słyszysz". Szukałem ludzi i zawodów, którzy już swoim wyglądem nie będą neutralni, którzy będą wywoływać określone skojarzenia. Górnictwo nie jest zwykłym zawodem. Moim zdaniem to jeden z najcięższych i najbardziej manipulowanch przez propagandę zawodów. Przez lata obrósł w treści, które właściwie nic nie mówią o warunkach pracy, o tym jak jest ona niebezpieczna i niewdzięczna. Za to kojarzy się głównie z wykorzystywaniem go do doraźnych celów politycznych: strajki, pacyfikacje, gra na społecznych emocjach itp...

I mimo że mojemu filmowi również można zarzucić manipulację to, może nie dosłownie ale w sposób aluzyjny, próbowałem pokazać jakiś istniejący, faktyczny stan. Przestrzeń społeczna jest nieprzewidywalnym obszarem akcji i reakcji, przenikania i łączenia pozornie odpychających się punktów. To właśnie jest zasada sprawcza i przesłanie Celebracji..., z którego wyłania się bardziej metafora niż krytyka.

A pomijając wszelkie inne skojarzenia: w zestawieniu polskiego górnika z amerykańską gwiazdą filmową tkwi sarkazm, którego nie potrafiłem sobie odmówić. Celebracja Erwina Koloczka jest zauważeniem pewnej kulturowej kolonizacji, która w sensie dosłownym, dociera bardzo głęboko - najgłębiej jak to jest możliwe.

Co okazało się bardziej interesujące: praca z aktorami czy z naturszczykami - zwykłymi ludźmi, bo masz i takie i takie doświadczenia?

Zdecydowanie wolę pracować z naturszczykami, chociaż zawodowcy z którymi pracowałem nauczyli mnie bardzo wiele. Myślę że dla moich filmów i dla mojego podejścia naturalizm postaci jest niezbędny. Oni nie grają, a ja ich nie reżyseruję. Wszyscy znajdujemy się w wymyślonej przeze mnie sytuacji i przestrzeni i coś z nią musimy zrobić. Myślę, że kamera równie onieśmiela mnie, co moich górników, bohatera SSS, czy tytułową Półkobietę. To wszystko jednak składa się na efekt końcowy.

Czerwiec 2007.